piątek, 12 czerwca 2009

It's not a destination, it's somewhere I go




Któregoś dnia w zeszłym miesiącu obudziłem się potwornie zmęczony. Po brutalnej serii potwornych rozczarowań, które niczym zarazę przywlokły do mojego domu ostatnie albumy Usaisamonster, Sonic Youth, czy nawet Big Business, w ostateczną depresję wpadłem przy nagraniach Ahleuchatistas, U.S. Maple i innych Polvo. I nie oszukujmy się: w tych okolicznościach nawet takie przyjemne ciasteczka, jak Charlottefield czy Part Chimp nie mogły zmienić trajektorii negatywnego kursu, jaki mój skołowany popiskującymi gitarami mózg obrał na swej drodze do piekła.

"Pieprzyć indie, człowieku", swobodnie zaproponował szatan, parkując w moim ogrodzie potężnego Mustanga z 1966 roku. I wtedy usłyszałem kawałek, przy którym miałem ochotę podpalić ten cały interes i ruszyć w trasę, kopiąc małe kotki i strzelają z dubeltówki do przejezdnych króliczków.

Dawno temu istniało takie zjawisko, jak rock nad roll i może niektórzy starsi czytelnicy, znający takie zespoły jak Led Zeppelin, ZZ Top, Cream, czy AC/DC pamiętają jeszcze, co ów kierunek artystyczny zrobił z bluesa. Otóż w samochodzie doktora Szatana (okazało się, że ma doktorat z odontologii) usłyszałem właśnie takie nieco zapoznane już doświadczeniami późniejszych lat 90-tych połączenie bluesa, oldskulowego rocka i werwy, która swego czasu, jeszcze w archaicznych czasach 70-tych, mogła napędzać amerykańskie bezdroża i autostrady, niczym surowy soundtrack do kina drogi w stylu Vanishing Point czy Alice Doesn't Live Here Anymore. Usłyszałem otóż właśnie ten kawałek Black Taj:


Black Taj - Cold Comfort

Niedaleko jednakowoż spoczywało owo jabłko wskrzeszonego żywiołu rocka od nasion noiseowej zagłady. Okazało się bowiem, że dwóch członków tego zespołu należy również do składu Polvo, którego muzyka dość skutecznie zniechęcała mnie w ciągu poprzednich tygodni do kontynuowania egzystencji na tej planecie. Według niektórych słusznie, według innych nie, niemniej jednak należy zauważyć, że ta muzyka w niczym nie przypomina cholernego Polvo. No i dobrze.

Skład kwartetu pod tytułem Black Taj obejmuje zawodników o następujących personaliach:

Dave Brylawski - gtr, wok. [również w Polvo]
Grant Tennille, gtr, wok.
Steve Popson, bas. [również w Polvo]
Tom Atherton - pałki.



Black Taj - Octastone

Koniecznie posłuchajcie Black Taj - zwłaszcza ostatnie dwie minuty Woke Up Tired.

You'll get the idea.

Aha, i tak sobie myślę, że do czasu swojego rozpadu podobnie revivalowe rzeczy czyniły w naszych głośnikach soczyste riffy i akordy zespołu pod tytułem Houdini. Ciekawskie, inspirowane psychodelą, bluesem i najbardziej wieśniackim odłamem country granie, które niestety nie przetrwało okrucieństwa naszych czasów. Polecam do śniadania i koszenia trawników! Naprawdę.

2 komentarze:

dan pisze...

o kurwa, etykiety!

m3e pisze...

Drogi Panie, etykieta wyklucza użycie słowa 'kurwa' w komentarzu ;-p